21 lip 2012

jednoznacznie


Drogie Życie,

Wiesz... czasem zastanawiam się, gdzie, w tej całej rzeczywistości jest moja droga. Nigdzie nie dostrzegam róż, ani czerwonych dywanów. Jasne... pewnie dlatego, że jestem po prostu zwykłym człowiekiem. Jestem po prostu jakimś małym punkcikiem na tle całej niebiesko-zielonej kuli ziemskiej. Jestem tam i chociaż czasem wyciągam ręcę wysoko w stronę nieba, gdzieś w duszy głośno krzyczę i wołam o pomoc... chyba nie słyszysz. Ale spokojnie, nie mam pretensji.
Myślę tylko nad tym czy oby na pewno jest w tym jakiś zamiar. Czy czuję to wszystko po coś...?
Mocno walczę o to by zrozumieć. Ten świat, ciebie i innych. Może nie jestem idealna, ale w głębi duszy bardzo chcę by świat był lepszy. Nie mam na myśli jedynie swojego życia.
Jest nas tutaj tak wiele. I każdy z nas w pewnym momencie woła o pomoc, błaga, krzyczy, prosi... Aż w końcu się poddaje, bo nie potrafi odnaleźć drogi.
Jeden z nas próbuje skończyć swoje jestestwo tutaj, inny będzie żył mimo tego, że się poddał.
Cokolwiek zdecydujesz z nami zrobić, weź pod uwagę jeden fakt.
Chcemy być tylko szczęśliwi.

- Na dziś już chyba wystarczy – pomyślałam zamykając pokrywę laptopa. - Zdecydowanie za dużo myślisz.
Wlokąc się do kuchni, opatulona kocem po same uszy pstryknęłam włącznik czajnika. Szklanka. Nie, jednak kubek. Kubek w kropki, skarpetki w kropki. Chociaż trochę „jakoś”. Chociaż troche mniej niż „jednokolorowo”.
 - Herbato cynamonowa, gdzie jesteś? - pomyślałam. - Powiedź, że gdzieś tu jesteś. Potrzebuje cię.
Ale jej nie było. Ani jej, ani żadnej innej. Złośliwość rzeczy martwych. Jakby jej nie było już wystarczająco w moim życiu. Usiadłam na blacie kuchennym i znowu zaczęłam się użalać.
- Już nigdy nie będzie dobrze.
- Dziewczyno, to tylko herbata – mówił jakiś głos w mojej głowie.
- Nie, to aż HERBATA! Nienawidzę życia, nienawidzę tego wszystkiego – zaczęłam płakać.
- Boże Przenajświętszy, ty naprawdę jesteś nienormalna. Ale tak super poważnie, powinnaś się leczyć.
- SAMA SIĘ LECZ! - wrzasnęłam tak głośno, że zrobiło mi się głupio.
Pośpiesznie wyjęłam z szafy wielki sweter, kurtkę, szalikiem zasłoniłam pół twarzy, czapką zakryłam każdy kosmyk włosa. Wyciągnęłam najbardziej obrzydliwe na świecie, znoszone buty i zdecdyowałam iść do sklepu. Po herbatę. Szybko, tam i z powrotem.
Wieczór był mroźny, ale nie było śniegu. Szłam szybko oddychając i pociągając żałośnie nosem. W myślach plułam sobie w brodę, że zapomniałam rękawiczek.
Gdzieniegdzie na szybach samochodów widoczne były efekty zabaw przechodniów. Wielkie serca na zamarzniętych powierzchniach czy inne bzdury. Rzeczywiście bzdury.
- SERCA! WSZĘDZIE SERCA! OSZALELI WSZYSCY! Nienawidzę ich!
A w mojej głowie dziwne obrazy, klatka po klatce jak w filmie. Uśmiech, łzy, słowa, gesty, rozmowy, śmiech, noc i dzień.
- Łzy są jedynie oznaką oczyszczania się wnętrza oka. Tylko i nic więcej – powtarzałam sobie przyśpieszając kroku.
Zamykałam powieki, a one płynęły z moich oczu niczym strumień wody. To było takie ciężkie, każdy krok był za ciężki. Każdy dzień, każda poranna kawa, każda rozmowa z kimkolwiek. Każde „wszystko w porządku” było o wiele za ciężkie. I ta świadomość, że stoję teraz sama gdzieś w środku miasta. A wczoraj byłam jeszcze szczęśliwa. Potrafiłam się nawet uśmiechać.
To wszystko powodowało, że nie potrafiłam powstrzymać łez nawet w miejscu publicznym. Dlatego tak często zamykałam się w pokoju i potrafiłam godzinami wpatrywać się w sufit, ściany, zdjęcia, kawałek serwetki i kubka. Czas leciał za wolno.
Chciałam żeby to się skończyło, żebym przestała czuć i myśleć. Ale nikt nie chciał mnie wysłuchać... nikt nie pozwolił mi nie myśleć.
Kupiłam herbatę, a przy okazji tabliczkę czekolady. I ze spuszczonymi oczami, jakbym nosiła na sobie jakieś brzemię wyszłam ze sklepu. Wrócilam do domu i usiadłam na podłodze. Przed lustrem. W kurtce, butach, czapce, szaliku. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie i patrzyłam jak łzy spływają po policzkach.
 - Tak głośno wołam o pomoc, dlaczego nikt mi nie pomaga.
  Patrzyłam tak i znowu pogarszałam swój stan. Patrzyłam, ale już nie miałam ochoty na cynamonową herbatę. Ani nawet na czekoladę. Chciałam nic nie czuć... więc usnęłam wpatrując się w swoje żałosne odbicie.

Uczyniłam z tego bloga miejsce jednoznacznie refleksyjne, póki co. Trudno, jakoś to przeżyje, że jego treść jest taka, a nie inna. 

2 komentarze:

  1. Trzeba mieć miejsce, by wyrazić swoje smutki, refleksje, przemyślenia i frustracje, jaki i wspomnienia i plany. Blog jest na to idealnym i najwłaściwszym miejscem ;*

    OdpowiedzUsuń